Ameryka po nordycku - okładka książki

Ameryka po nordycku. W poszukiwaniu lepszego życia – Anu Partanen

Ameryka po nordycku - okładka angielskiego wydania książkiAutorka sprawnie, ale nieciekawie, udowadnia swoje tezy – nordycki model państwa jest modelem nowoczesnym, skierowanym na osiągnięcie jak największej wolności osobistej jednostki, podkreślającym znaczenie miłości i rodziny – natomiast model amerykański jest dokładnym zaprzeczeniem tego ideału. Z dowodami tymi można się zgadzać, albo nie – mnie w większości przekonują, tylko dlaczego tak męcząco i mozolnie napisane?

Mozolnie o złej Ameryce

Po wspaniałym, głębokim i ciekawym wprowadzeniu, wielkie rozczarowanie w dalszych częściach książki.

Ameryka po nordycku - okładka książkiBardzo ciekawy punkt wyjściowy – fińska dziennikarka, urodzona i wychowana w Helsinkach – jako dorosła, samodzielna kobieta, ze sporym doświadczeniem zawodowym i życiowym, przeprowadza się do Stanów Zjednoczonych, do jej amerykańskiego narzeczonego. Przeprowadza się do kraju, który ona sama, podobnie jak kilkaset milionów ludzi na całym świecie, uważa za kwintesencję wolności, kreatywności i udanego życia. Niedługo po przyjeździe Partanen doznaje jednak wielkiego szoku – okazuje się, że nic tam, w wymarzonej Ameryce, nie jest łatwe – autorka gubi się w najprostszych życiowych czynnościach – nie wie jaki napiwek zostawić w restauracji czy u fryzjera, nie potrafi zdecydować się jaką telewizję kablową zasubskrybować, a złożenie zamówienia w Starbucksie jest dla niej, jak sama pisze, czynnością bardziej skomplikowaną, niż wypełnienie rocznego kwestionariusza podatkowego w jej ojczyźnie.

Cała sytuacja okropnie ją stresuje, dziennikarka wini siebie, jest przekonana o tym, że jest po prostu życiową ciamajdą, nieprzystosowaną do życia w angielskojęzycznym (przy czym angielskim posługiwała się perfekcyjnie), nowoczesnym świecie.

Aż po jakimś czasie dochodzi do wniosku, że to nie ona, tylko Stany Zjednoczone skonstruowane są źle, w sposób anty-nowoczesny, nieprzyjazny człowiekowi, matce, ojcu, dziecku, pracownikowi, emerytowi.

Do tej pory wszystko się zgadza, jestem jak najbardziej za, krytyki korporacyjnej amerykańszczyzny (gdzie nie ma powszechnych świadczeń zdrowotnych, czy urlopów macierzyńskich/tacierzyńskich) nigdy za wiele!

Tylko, że po jakichś stu stronach zaczyna się robić po prostu strasznie nudno. Autorka sprawnie, ale nieciekawie, udowadnia swoje tezy – nordycki model państwa jest modelem nowoczesnym, skierowanym na osiągnięcie jak największej wolności osobistej jednostki, podkreślającym znaczenie miłości i rodziny – natomiast model amerykański jest dokładnym zaprzeczeniem tego ideału. Z dowodami tymi można się zgadzać, albo nie – mnie w większości przekonują, tylko dlaczego tak męcząco i mozolnie napisane?

W moim przekonaniu autorka zabiła tak nośny i ciekawy temat, jakim jest ukazanie wad amerykańskiego państwa i społeczeństwa, zawalając go górą niepotrzebnych, nieposegregowanych informacji. Powinno być o wiele mniej, o wiele ostrzej i z większą energią. A tak pozostaje wrażenie, że może jednak rację mają ci, którzy krytykują model nordycki, twierdząc że „produkuje” on jednostki bez żywotności, trochę nieporadne i bez woli walki.

Poczytaj również: