Dwanaście opowiadań tułaczych - okładka książki

Dwanaście opowiadań tułaczych – Gabriel Garcia Marquez

Tematyka tomiku odbiega nieco, jak łatwo zauważyć, od tematyki innych utworów mistrza – całość dzieje się w Europie, a jedynym nawiązaniem do ojczystej Ameryki Łacińskiej, są tu bohaterowie poszczególnych opowieści. Ale to tylko pozory – w rzeczywistości pisarz porusza tu zagadnienia dobrze znane z całej jego twórczości: starość, samotność, śmierć, własne miejsce na ziemi. Choć nie robi tego w sposób tak uroczy, jak w bardziej znanych dziełach, to uważam, że warto poczytać „Dwanaście opowiadań tułaczych”.

Latynos o Europie

Marquez, jak sam wyznaje w prologu, książkę tę pisał przez 18 lat, z zamiarem ukazania w niej dziwnych losów Latynosów w Europie. Prolog ów, jak dla mnie, jest pięknym uzupełnieniem całego tomu, jest osobnym – trzynastym – opowiadaniem Marqueza, w którym autor nie tylko opisuje swój proces twórczy, ale również snuje opowiadanie o opowiadaniu, o snach, o życiu.

Dwanaście opowiadań tułaczych - okładka książkiTematyka tomiku odbiega nieco, jak łatwo zauważyć, od tematyki innych utworów mistrza – całość dzieje się w Europie, a jedynym nawiązaniem do ojczystej Ameryki Łacińskiej, są tu bohaterowie poszczególnych opowieści. Ale to tylko pozory – w rzeczywistości pisarz porusza tu zagadnienia dobrze znane z całej jego twórczości: starość, samotność, śmierć, własne miejsce na (albo w) ziemi. Choć nie robi tego w sposób tak uroczy, jak w bardziej znanych dziełach, to uważam, że warto jednak poczytać „Dwanaście opowiadań tułaczych”.

Na mnie największe wrażenie wywarły: opowieść o ojcu, który tak długo walczył o uznanie swojej córki za świętą, aż sam stał się świętym („Święta”); kafkowski koszmar „Chciałam tylko skorzystać z telefonu” i przepiękna miniaturka w stylu (przywołanego zresztą przez Marqueza) Borgesa: „Śnię na zamówienie”:

„- Śniła mi się ta kobieta, co śni – powiedział.
Matilde chciała, żeby jej powiedział sen.
– Śniło mi się, że się jej śniłem – powiedział.
– To z Borgesa – stwierdziłem.
Popatrzył na mnie rozczarowany.
– Już to napisał?
– Nawet, jeżeli nie napisał, to kiedyś napisze – odpowiedziałem mu. – To będzie jeden z jego labiryntów”*

Czytając całość, odnosi się jednak wrażenie, jakby autor męczył się przy pisaniu poszczególnych kawałków, nie ma tu charakterystycznego dla Marqueza rytmu, melodii, wrażenia wsłuchiwania w niekończącą się gawędę. Jest poczucie zacinania się, nierówności, wybojów. Być może wpłynął na to zbyt długi czas tworzenia tych opowiadań, być może niezbyt dobry (w moim przekonaniu) przekład. Tłumacz nie podołał według mnie wyzwaniu (a jestem przekonany, że tłumaczenie Marqueza to nie lada wyzwanie!) – zdarza się źle dobrany język postaci, niepotrzebne zdrobnienia w środku poważnej narracji („paróweczki” bardziej pasują mi do Hrabala albo Pavla, niż do Marqueza), zmiana tonu wypowiedzi z języka wysokiego do potocznego w obrębie jednego akapitu, itp.

Pomimo tych niedoskonałości myślę, że „Dwanaście opowiadań tułaczych” warto poczytać, jako uzupełnienie do bardziej znanych książek Marqueza, jako ciekawostkę i próbę zrozumienia tego, jak pisarz odbierał Europę i jej mieszkańców. Jeżeli jednak ktoś nie zna twórczości Kolumbijczyka w ogóle, to nie polecałbym zaczynać czytania jego utworów od tego zbiorku.


*Gabriel Garcia Marquez, „Dwanaście opowiadań tułaczych”, Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza S.A., Warszawa 2008, str 76.

Poczytaj również: