Londyn NW - okładka książki

Londyn NW – Zadie Smith

Londyn NW - okładka angielskiego wydania książkiW „Londyn NW” brakuje wszystkiego tego, co stanowiło o wielkości pierwszej książki Zadie Smith: żywych, zróżnicowanych postaci; wyrafinowanego, przeplatającego się z patosem, humoru; zmieniających się i przenikających punktów widzenia; skomplikowanych relacji międzyludzkich; wielokulturowości. Wszystko to niby zawarte jest również w najnowszej powieści Smith, ale jakby spłaszczone, bardziej papierowe, nienaturalne i nudne.

Londyńskie nudzenie

[tekst pochodzi z roku 2012, ukazał się w sieci krótko po brytyjskiej premierze książki]

Siedem lat minęło od czasu, kiedy Zadie Smith wydała swą poprzednią książkę, siedem długich lat czekali na kolejną powieść zniecierpliwieni miłośnicy jej pisarstwa. I wreszcie – pod koniec roku 2012 – doczekali się.

Myślę, że się zawiedli. Ja w każdym razie przeżyłem rozczarowałem. I to spore.

Londyn NW - okładka książki„NW” (tytuł pochodzi od kodu pocztowego północno-zachodniego Londynu, gdzie rozgrywa się akcja książki), reklamowana – również przez samą artystkę – jako książka o mieście, jest dla mnie bardziej historią jego kilku, szamocących się i męczących ze sobą, mieszkańców. A szkoda – bo z ogromną nadzieją czekałem na wielką, żywą opowieść o niezwykłym, kolorowym i pełnym kontrastów, Londynie. Na opowieść co najmniej tak wspaniałą, jaką Smith uraczyła nas w swojej debiutanckiej – zdecydowanie najlepszej – powieści, „Białe zęby”. A, prawdę mówiąc, na jeszcze wspanialszą, jeszcze bardziej kolorową i dojrzalszą. Tymczasem otrzymałem nudne, słabo skomponowane, fragmentaryczne kawałki, dotyczące nudnych, pogubionych ludzi.

W „NW” brakuje wszystkiego tego, co stanowiło o wielkości pierwszej książki Smith: żywych, zróżnicowanych postaci; wyrafinowanego, przeplatającego się z patosem, humoru; zmieniających się i przenikających punktów widzenia; skomplikowanych(!) relacji międzyludzkich; wielokulturowości. Wszystko to niby zawarte jest również w najnowszej powieści Smith, ale jakby spłaszczone, bardziej papierowe, nienaturalne i – po prostu (tak, napiszę to po raz kolejny) – nudne.

Brnąc przez kolejne strony powieści, odnosi się coraz większe wrażenie, że autorka się nie wysiliła – bo trudno uwierzyć, żeby jej warsztat pogorszył się od roku 1997 aż do tego stopnia. I nie przekonają mnie wypowiedzi krytyków o postmodernizmie czy „realizmie histerycznym” – dla mnie „NW” brakuje po prostu konstrukcji, brakuje przemyślanej, zgrabnie wyegzekwowanej, struktury. Tak – pourywane, niedopasowane fragmenty tekstów zawsze, bez większego ryzyka, można nazwać postmodernizmem, nie mówiąc już o histerycznym realizmie (czy czymkolwiek innym histerycznym). Tylko, że takie postawienie sprawy nie za każdym razem ukryje niedoskonałości warsztatu autora. Postmodernistyczne, a nawet – niech będzie – histerycznie realistyczne, były „Białe zęby”. „NW” jest pokawałkowane, nieuporządkowane i nudne.

Jeżeli ktoś nie czytał Zadie Smith, to niech koniecznie przeczyta jej debiutancką powieść – dla mnie jest to jedna z lepszych książek współczesnej literatury (nie tylko) brytyjskiej. Może jeszcze, choć ostrożniej, zapoznać się z jej późniejszą powieścią – „O pięknie”, ale radzę trzymać się jak najdalej od „NW”. Nawet oficjalne brytyjskie recenzje prasowe jakby sprawiały tylko wrażenie pozytywnych (nie wolno przecież za bardzo krytykować wielkich artystów, a Smith jest u siebie w kraju za taką uważana), a tak naprawdę wyczuć w nich można zawód i rozczarowanie. Ciekaw jestem czy sama autorka – twierdząc wszem i wobec, że „NW” to zdecydowanie jej największe dzieło – jest szczerze o tym fakcie przekonana. Czy tylko liczy (na) kolejnych kupujących …

Poczytaj również: