Miasto w ogniu - okładka książki

Miasto w ogniu – Garth Risk Hallberg

Miasto w ogniu - okładka książki po angielsku„Miasto w ogniu” to opasłe, rozwleczone powieścidło, za które debiutujący autor dostał od wydawnictwa 2 miliony dolarów zaliczki. W związku z ogromem  pieniędzy wpompowanych w ten – średniej jakości – debiut, produkt musiał być promowany jako „zapierające dech w piersiach, porywające arcydzieło”, napisane z „dickensowskim rozmachem” i będące jednocześnie „dziełem, na jakie Nowy Jork zasługiwał od dawna”.

W rzeczywistości książka (pomimo niewątpliwego talentu autora) zawiera sporo błędów i niedociągnięć i – co chyba najbardziej rzuca się w oczy – jest w niej o wiele rzeczy „za dużo”.

Za dużo jest oczywiście włożonych w nią pieniędzy, a co za tym idzie za dużo nachalnego marketingu i przedwczesnego wychwalania debiutującego autora.

Za dużo jest w tej powieści stron (w polskim wydaniu ponad 1000, w oryginale, który ja czytałem – ponad 900) – połowa objętości byłaby tu zdecydowanie wystarczająca. Nie od dziś jednak wiadomo, że jednym z najtrudniejszych zadań pisarza jest skracanie, eliminacja niepotrzebnych paragrafów czy całych rozdziałów. Jak udowodnili nam twórcy rzeczywistych arcydzieł – wielką epicką opowieść można zmieścić nawet na 400 stronach. I można na nich opowiedzieć o całym świecie, o życiu każdego z nas. Trzeba tylko umieć.

Miasto w ogniu - okładka książkiZa dużo jest w tej książce „niecodziennych” zdarzeń i sytuacji, które w zamierzeniu miały zwiększyć tempo i przyciągnąć uwagę czytelnika, a w rzeczywistości złożyły się na niewiarygodne, monotonne wyliczanki nieprawdopodobnych zbiegów wydarzeń. Postrzelenie nastolatki w noc sylwestrową, machinacje finansowe, bulimia, narkotyki, podpalanie kamienic, samobójstwo, proces sądowy, rozwody i rozstania, itd., itp.

Za dużo jest tu także postaci – autor, zamiast skoncentrować się na rzetelnym i dogłębnym pokazaniu trzech, czterech interesujących osób – rozdrabnia się, próbując (nieudolnie) pisać o wszystkim i o wszystkich. Potencjalnie najbardziej fascynującą bohaterkę (Sam), Hallberg umieszcza w szpitalu, gdzie przez przeważającą część powieści pozostaje w śpiączce. Jej przyjaciel Charlie plus para gejów: Mercer i Keith to kolejne z interesujących i nieźle (we fragmentach) poprowadzonych charakterów – myślę, że ta czwórka idealnie nadawałaby się na bohaterów dobrej powieści o Nowym Jorku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku (nie przekraczającej 400 stron!), ale kogo zainteresować mogą materialne, alkoholowe czy prawne problemy finansowej nowojorskiej elity? Nudne to i niczego nie wnoszące, podobnie jak pełne klisz i zapożyczeń postaci „tragicznych” policjantów czy reporterów.

Niewiarygodne są zarówno dziwne, wymyślone powiązania pomiędzy poszczególnymi osobami powieści, jak i ich absolutnie niezindywidualizowany język.

„Miasto w ogniu” ma jednak fragmenty ciekawe, nawet piękne i świadczące o niezaprzeczalnym talencie autora (tłamszonym przez wydawcę zbyt ogromną liczbą dolarów i zbyt dużymi oczekiwaniami).

Garth Risk Hallberg świetnie czuje się we fragmentach retrospekcyjnych – tam gdzie nie trzeba czytelnika zaskakiwać nagłymi zwrotami akcji (jak na przykład nieprawdopodobnymi strzałami zza krzaka), autor w porywający sposób potrafi snuć opowieści o historii kolejnych postaci, ich rodzin i miejsc, w których żyli (piękne wspomnienia Keitha z lat młodości).

Pisarz umie również w dobry, klimatyczny sposób oddać atmosferę punkowego Nowego Jorku z lat siedemdziesiątych 20. wieku (piwniczne kluby, dziesiątki nowo powstających kapel, legenda Patti Smith) – co dziwi tym bardziej, że Hallberg urodził się po opisywanych wydarzeniach, do to w zupełnie innej części Stanów Zjednoczonych.

Fragmenty dotyczące niełatwego związku Mercera (kolejny zmarnowany potencjał) i Keitha, również należą do lepszych momentów książki, chociaż i tu pisarz nie ustrzegł się banału i kalek („Czy już nikt nigdy nie będzie mnie kochał”?). Podobnie rzecz się ma z przedstawieniem ówczesnej punkowo-lewicowej ideologii nastolatków – w większości fragmentów gorących dyskusji światopoglądowych widać wyraźny dystans i ironię autora do tego dziecinnego, w gruncie rzeczy, bełkotu – jednak w kulminacyjnych momentach pisarz traci czujność i daje się w pełni porwać naiwnym konstrukcjom intelektualnym młodocianych bohaterów. Kończy się to po raz kolejny naiwnie, banalnie i patetycznie.

Poczytaj również: