Spektrum – Krystian Głuszko

„Spektrum” w najbardziej oczywistej, fabularnej warstwie, jest wołaniem o pomoc. Wołaniem biednego – chorego, nieprzystosowanego, a przez to maltretowanego przez otaczających go ludzi (w tym również, a może przede wszystkim przez ludzi, których powinnością jest pomoc chorym – przez lekarzy) – młodego człowieka. Krzykiem: kochajcie mnie, traktujcie mnie jak człowieka, nie jak kolejny przypadek, problem, numer, pesel

Poza spektrum

Jedną z funkcji działalności artystycznej, w tym literackiej, jest – jak twierdzi spora część teoretyków – funkcja autoterapeutyczna: autor, poprzez akt twórczy, może pomóc samemu sobie – i to zarówno w przezwyciężeniu chorób czy dolegliwości psychicznych, jak również, po prostu, w przejściu przez ciężki życiowo okres (świetnym przykładem jest tu pisarstwo Oty Pavla, który swoje opowiadania tworzył w szpitalu psychiatrycznym, jako rodzaj autoterapii). Z drugiej strony – już od drugiej połowy wieku dziewiętnastego – zauważyć można wzmożone zainteresowanie twórczością, w tym również literacką, osób cierpiących na różnego typu zaburzenia psychiczne. Dowodzi się, że chorzy umysłowo potrafią pokazać odbiorcom światy, których nie wymyślą, nie stworzą, ani nie będą w stanie odpowiednio zaprezentować ludzie zdrowi. Ba – niektórzy posuwają się nawet do twierdzenia, że aby być prawdziwym artystą, trzeba być nie do końca zdrowym psychicznie, czy – odwracając nieco – tylko autor z pewną dozą umysłowej „nienormalności” jest w stanie stworzyć prawdziwe, wielkie dzieło sztuki. Przykładów w historii nie brakuje: malarze: Van Gogh i Salvador Dali, aktorka Vivien Leigh, czy – interesujący nas najbardziej – literaci: od Augusta Strinberga i Virgini Woolf, poprzez Sylwię Plath i Ernesta Hemingwaya, po Jerzego Kosińskiego czy Jerzego Krzysztonia.

Spektrum - okładka ksiażkiMyślę, że przeciętnego czytelnika czy – szerzej – odbiorcę sztuki, bardziej jednak od autoterapeutycznej funkcji twórczości osób chorych, interesuje jej funkcja estetyczna czy poznawcza. Bardziej zainteresowani jesteśmy tym, co oni (twórcy, także niepełnosprawni), mogą zrobić dla nas, niż tym, co my (nie tylko odbiorcy, ale również wydawcy, dyrektorzy, producenci, wystawcy) możemy zrobić dla nich. Oto co mówi na ten temat, opisywana przez Ewę Orczykowską, Renata Jasińska – dyrektorka wrocławskiego Teatru Arka, w którym zatrudnia kilkoro niepełnosprawnych aktorów:

„ – Krytycy mówią między sobą: Renata Jasińska taką piękną rzecz robi dla tych biednych, niepełnosprawnych ludzi. Tak nie jest. Piękną rzecz to my mamy na arteterapii, gdzie przychodzi grupa niepełnosprawnych, z którymi pracujemy, by uszczęśliwić te osoby oraz ich rodziców. Obecność naszych adeptów na scenie jest próbą połączenia dwóch aspektów teatru: społecznego i artystycznego” [1]

Teatr zatem nie zatrudnia tych niepełnosprawnych aktorów po to, aby zrobić coś dla nich – on zatrudnia ich dlatego, że mogą wnieść coś innego, nowego, do sztuki. Zatrudnia ich, bo mogą coś zrobić dla nas. Dla odbiorców.

O ile jednak w przypadku Van Gogha, Hemingwaya czy Kosińskiego, odpowiedź na postawione wyżej pytanie („co oni mogą zrobić dla nas?”) wydaje się być prosta (czasami nawet bardziej oczywiste są korzyści konsumenta, niż twórcy), to w wypadku artystów mało znanych, jak na przykład niepełnosprawnych aktorów z Arki czy też Krystiana Głuszki – autora autobiograficznego „Spektrum” – odkrycie tego, co oni – niepełnosprawni twórcy, mogą dać nam – odbiorcom, przysporzyć może, nie tylko z powodów ich niedoskonałości warsztatowych, ale również wskutek naszych (nawet podświadomych) uprzedzeń czy kulturowych przesądów, pewne problemy. Co wcale nie znaczy, że szukanych przez nas wartości nie ma!

Fakt – czasami trudno, nawet bardzo trudno – przebić się przez te wszystkie irytujące usterki techniczne i powstrzymać od odłożenia książki czy zamknięcia oczu, ale – w wielu wypadkach – warto się nie poddać. Warto po to, aby – pod warstwą niewygodnych, niedopasowanych słów – odkryć nie tylko zamknięte, niedostępne i obce nam światy, do których należą „oni” – psychicznie chorzy, nieprzystosowani, upośledzeni – ale również po to, aby zobaczyć naszą zwykłą, codzienną rzeczywistość, nasze otoczenie, ludzi dokoła, emocje i uczucia – w sposób, w jaki rzadko udaje nam się je dostrzec. Aby (ponownie) odkryć, że „Szczęście to ktoś bliski obok, ktoś, kto w bólu trwa razem ze mną, powie „kocham” i nie będzie miał w tym żadnych intencji.”[2], albo aby przypomnieć sobie – za sprawą chorej Beaty – że życie to dar, z którego (jednak) warto się cieszyć:

„(…)

Nazywam się Beata,

jestem szalona,

ale cieszę się, że Pan Bóg mnie stworzył.” [3]

„Spektrum” w najbardziej oczywistej, fabularnej warstwie, jest wołaniem o pomoc. Wołaniem biednego – chorego, nieprzystosowanego, a przez to maltretowanego przez otaczających go ludzi (w tym również, a może przede wszystkim przez ludzi, których powinnością jest pomoc chorym – przez lekarzy) – młodego człowieka. Krzykiem: kochajcie mnie, traktujcie mnie jak człowieka, nie jak kolejny przypadek, problem, numer, pesel:

„Nie jestem tylko pacjentem

chorym człowiekiem

paroma cyframi peselu

zamkniętymi gdzieś w szpitalnej karcie

Mam imię

ciągle ciepłe serce

i dom poza murami oddziału

gdzie czeka na mnie jeszcze ktoś

kto dostrzega we mnie normalnego człowieka” [4]

Jak dowiadujemy się z książki, wołanie to ktoś wreszcie usłyszał. Zobaczył w Krystianie człowieka, poznał jego imię i ciepłe serce. Powiedział „kocham”.

Nieprzypadkowo przytoczyłem uprzednio słowa pani Jasińskiej, zacytowane w pięknym reportażu Ewy Orczykowskiej – jej tekst „Dziwolągi też grają” pokazuje diametralnie różne podejście do osób chorych psychicznie od tego, opisanego (i doświadczonego) przez Krystiana Głuszkę. Okazuje się, że niepełnosprawnych można traktować z należną każdemu człowiekowi uwagą, z godnością i sympatią. Można im podać rękę, pomóc – także poprzez umożliwienie wzięcia udziału w tworzeniu sztuki, a potem – niejako w zamian – spodziewać się, że oni podarują nam także coś od siebie. I nie mam tu na myśli wdzięczności czy wylewnych podziękowań – myślę o tym, czego wszyscy spodziewamy się od artystów: odkrycia przed nami nieznanych, zapomnianych czy niezauważonych światów, dostarczenia nam nowych, niespotykanych i poruszających przeżyć. Takich, jakie potrafią dać nam aktorzy z Arki. Takich, jakie potrafi przekazać nam Krystian Głuszko.

Po przeczytaniu „Spektrum” mogę zwrócić się do autora i bez cienia wątpliwości powiedzieć: dziękuję. I poprosić o więcej.


[1] Ewa Orczykowska, Dziwolągi też grają, w: „Każdy zrobił co trzeba”, Wydawnictwo Dobra Literatura, Słupsk 2011, str. 48

[2] Krystian Głuszko, Spektrum, Wydawnictwo Dobra Literatura, Słupsk 2012, str. 52

[3] Krystian Głuszko, Spektrum, Wydawnictwo Dobra Literatura, Słupsk 2012, str. 47

[4] Wiersz pochodzi z bloga Krystiana Głuszki, Zza szyby spektrum autyzmu, odnośnik: http://krystian-robert.blogspot.co.uk/2012/02/pesel.html (data dostępu: 10.04.2012)

Poczytaj również: