Syreny z Tytana - okładka książki

Syreny z Tytana – Kurt Vonnegut

Syreny z Tytana - okładka książki po angielskuWszyscy ludzie, Marsjanie, roboty, wszystkie religie i instytucje – istnieją i funkcjonują tylko i wyłącznie dla władcy, tylko po to, aby mógł on rządzić. Aby mógł rządzić Ziemią, Marsem, Saturnem, Tytanem, Układem Słonecznym, Drogą Mleczną. Aby mógł kontrolować wszystkie żyjące stworzenia, przesuwać je, wybawiać, niszczyć, zabijać. Tworzyć nowe religie i burzyć stare.

Satyryczne science-fiction o władzy

„Syreny z Tytana” – mała, niepozorna książeczka science-fiction, będąca satyrą na amerykańskie społeczeństwo lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku.

Czy może – wielkie, ponadczasowe dzieło, traktujące o najważniejszych aspektach ludzkiego życia: religii, wolnej woli, zniewoleniu jednostki, życiowej podróży.

Druga w dorobku powieść Kurta Vonneguta jest tym wszystkim naraz, i jeszcze wieloma innymi rzeczami. I tak naprawdę nieważne, czy jest to powieść sci-fi, czy – jak upierał się autor – daleko jej do science-fiction – ważne jest to, że z humorem mówi o rzeczach wielkich, ważnych, uniwersalnych. Ponadczasowych.

Syreny z Tytana - okładka książkiWinston Niles Rumford nie jest – jak chcą badacze – literackim odbiciem prezydenta Roosevelta, jest to uosobienie władzy – władzy absolutnej, która nie cofnie się przed żadnym krokiem, prowadzącym do jedynego, głównego celu – do zdobywania jeszcze większej władzy. Wszyscy ludzie, Marsjanie, roboty, wszystkie religie i instytucje – istnieją i funkcjonują tylko i wyłącznie dla władcy, tylko po to, aby mógł on rządzić. Aby mógł rządzić Ziemią, Marsem, Saturnem, Tytanem, Układem Słonecznym, Drogą Mleczną. Aby mógł kontrolować wszystkie żyjące stworzenia, przesuwać je, wybawiać, niszczyć, zabijać. Tworzyć nowe religie i burzyć stare. Wysyłać populacje całych planet na śmierć, ratując pojedyncze jednostki tylko po to, aby wykorzystać je później do zabijania, burzenia, budowania i tworzenia. Do umacniania władzy.

„Syreny z Tytana” są także powieścią o ludzkiej drodze, o życiowej podróży konkretnego człowieka, są współczesną (a raczej futurologiczną) Odyseją. Malachi Constant – nasz nowożytny Odyseusz – przeżył w powieści kilka żyć, był kilkoma różnymi osobami, podróżującymi poprzez te odmienne życia, zarówno w czasie, jak i w (międzygalaktycznej) przestrzeni. Aż do końca. Aż do śmierci.

Powieść ta jest również zdecydowanym głosem sprzeciwu w stosunku do religii, jako organizacji. Vonnegut obnaża (dla mnie trochę zbytnio upraszczając) mechanizmy powstawania i budowania instytucji religijnych, ukazując ich fałsz, zakłamanie i sposoby manipulacji ludźmi (Marsjanami, robotami). Pokazuje do czego tak naprawdę służą te religijne instytucje – oczywiście do zdobywania i umacniania władzy. Jeszcze większej władzy.

Wszystko to napisane prostym, zwięzłym językiem, przypominającym chwilami styl raportu ze startu kolejnej misji kosmicznej. Językiem bez nadęcia, bez ozdobników, a jednocześnie pełnym humoru (tak, czasami gorzkiego) i satyry (pomimo zdecydowanych oporów Vonneguta przed nazywaniem go pisarzem satyrycznym), wywołującym u czytelnika czasami delikatny uśmiech, innym razem głośny, dźwięczny śmiech.

Nie sposób, rzecz jasna, opisać wszystkich rzeczy, o których traktuje ta wielka – mała książka. Nie sposób nawet wyczytać ich wszystkich, kiedy czyta się po raz pierwszy – „Syreny z Tytana” trzeba czytać i czytać i czytać, wciąż od nowa, żeby po kolei odkrywać wszystkie (nie sądzę, żeby było to możliwe) zagadnienia poruszone w nich przez Vonneguta. Czytać, czytać, czytać i zachwycać się!

Poczytaj również: