Unit - okładka książki

The Unit – Ninni Holmquist

Ludzie przebywający w „Jednostce” żyją tam w bardzo dobrych warunkach, nie brakuje im niczego (poza wolnością i świeżym powietrzem); mogą tworzyć, brać udział w wydarzeniach artystycznych, oddawać się ćwiczeniom fizycznym, łączyć w pary, kochać, zawierać przyjaźnie. Nie muszą przy tym udawać, nie muszą przyjmować roli narzuconej im przez społeczeństwo z zewnątrz – mogą być słabi, mało przebojowi, niepewni. Nikt ich tu nie ocenia, nie wartościuje – wszystkich ich i tak czeka – raczej prędzej, niż później – ten sam koniec – ostatnia darowizna („final donation”).

Opresja po skandynawsku

Powieść szwedzkiej autorki zapowiadała się na porządną, zimną, skandynawską dystopię, ale z biegiem czasu przekształciła się w sentymentalne i przewidywalne „Love story”, wypełnione niepotrzebnie buchającymi emocjami, śmierciami i zupełnie dla mnie niezrozumiałymi uczuciami do kamienia. Tak – do kamienia.

Całość czyta się lekko i szybko, bohaterowie dają się lubić (do pewnego czasu), a sam pomysł i początek fabuły są naprawdę dobre – rokujące nawet coś wielkiego, ważnego; obiecujące rozwinąć się w szczegółową diagnozę społeczeństw krajów skandynawskich – dziś i w najbliższej przyszłości. Jestem przekonany, że sporo koncepcji odnoszących się do rozwiązań ustrojowych i społecznych, Holmqvist zaczerpnęła bezpośrednio z obowiązujących współcześnie regulacji prawnych. Gdyby ten wątek pociągnęła do końca powieści i dodałaby do tego jeszcze dokładniejszą analizę skutków obranej drogi rozwoju społeczeństwa (w którym żyje), to jej książka mogłaby stać się ważnym dziełem. Ale niestety poprzestała na wielokrotnie już wykorzystanych schematach (śmierć kolejnych przyjaciół, śmierć siostry, śmierć ukochanego mężczyzny, konieczność wyboru pomiędzy wolnością, a bezpieczeństwem (nienarodzonego) dziecka), co w efekcie dało nam – czytelnikom – rodzaj dystopicznego nieszczęśliwego romansu (plus to feralne uczucie do kamienia).

Unit - okładka książkiTematem, osią fabularną, powieści jest zniewolenie i wykorzystanie określonych członków społeczeństwa (ludzi w wieku post-produkcyjnym, nie mającym rodzin) – oczywiście w celu ratowania innych, bardziej wartościowych obywateli, co w końcowym rozrachunku ma – podobno – przynieść zwiększenie bogactwa i polepszenie życia całego narodu. Ciekawe w książce jest to, że – jak wspomniałem – autorka wyraźnie czerpała ze znanych jej i jej rodakom rozwiązań systemowych. Wszystko ma być podporządkowane rodzinie, rodzeniu dzieci i wychowywaniu ich na jak najlepszych (najefektywniej pracujących) obywateli, umożliwiając przy tym rozwój kariery zawodowej obojga rodziców (pisała o tym dość obszernie Anu Partanen w jej reportażu „Ameryka po nordycku. W poszukiwaniu lepszego życia”).

W dystopicznej rzeczywistości opowiedzianej przez Ninni Holmquist wszystko od początku do końca jest jasne i przejrzyste – każdy obywatel zna dobrze panujące prawo i każdy z nich zdaje sobie sprawę z tego, co go czeka, jeżeli w wieku 50 (kobieta), lub 60 (mężczyzna) lat, będzie samotną, nieposiadającą rodziny, jednostką. Będzie zabrany do Banku Rezerw, a jego ciało, jego organy, przeznaczone będą dla bardziej potrzebujących, lepszych, wartościowszych obywateli. Opresyjne działania państwa nie mają tu jednak nic wspólnego ze znęcaniem się, z sadyzmem, ze złością czy z poniżeniem. Ludzie przebywający w „Jednostce” żyją tam w bardzo dobrych warunkach, nie brakuje im niczego (poza wolnością i świeżym powietrzem); mogą tworzyć, brać udział w wydarzeniach artystycznych, oddawać się ćwiczeniom fizycznym, łączyć w pary, kochać, zawierać przyjaźnie. Nie muszą przy tym udawać, nie muszą przyjmować roli narzuconej im przez społeczeństwo z zewnątrz – mogą być słabi, mało przebojowi, niepewni. Nikt ich tu nie ocenia, nie wartościuje – wszystkich ich i tak czeka – raczej prędzej, niż później – ten sam koniec – ostatnia darowizna („final donation”). Główna bohaterka z radością (i nutką nostalgii) zdaje sobie sprawę, że tu – w „Jednostce” może być znowu słabą, oddającą się mężczyźnie, istotą, kierującą się sercem, a nie rozumem, przygotowującą pożywienie, kiedy ów mężczyzna rąbie drewno. Może wybrać słabość, bez potrzeby wstydu i upokorzenia. Może dokonać wyboru, bez konieczności ukrywania się.

Czytając „The Unit”, przychodzi oczywiście na myśl książka zeszłorocznego Noblisty – o wiele lepsza, o wiele lepiej napisana – „Nie opuszczaj mnie” Kazuo Ishiguro. Podobny, nawet bardzo podobny, temat – a jak inaczej potraktowany. Podczas gdy w Skandynawii opresji poddaje się ludzi starszych, to w Anglii – dzieci. W Szwecji wszystko jest jasne, ściśle określone, otwarte, wyznaczone wyraźnymi regułami; w Anglii ciemne, ukryte, pełne niepewności, oszustw i kłamstw. Dwa różne społeczeństwa, dwa różne sposoby represjonowania obywateli. Oczywiście w obu wypadkach jest to tylko wymysł pisarzy. Nieprawda. Fikcja.

Książka nie ukazała się w Polsce, ja jednak postanowiłem umieszczać na blogu także teksty omawiające utwory, które nie zostały (jeszcze) przetłumaczone na język polski. Można je znaleźć pod tagiem: nie ma po polsku 
Poczytaj również: