Wiolonczelista z Sarajewa - okładka książki

Wiolonczelista z Sarajewa – Steven Galloway

Wiolonczelista z Sarajewa - okładka książki po angielskuArtysta muzyk, wiolonczelista, siedzący ze swoim instrumentem w ruinach Biblioteki Narodowej, grający „Adagio” Albinoniego, w samym środku wojny – wśród wybuchających pocisków artyleryjskich i świszczących dookoła kul snajperów. Codziennie, przez 22 dni. Codziennie o tej samej godzinie, grając ten sam utwór, nie dając się zabić przez żołnierzy wrogów.

Adagio w ruinach

Artysta muzyk, wiolonczelista, siedzący ze swoim instrumentem w ruinach Biblioteki Narodowej, grający „Adagio” Albinoniego, w samym środku wojny – wśród wybuchających pocisków artyleryjskich i świszczących dookoła kul snajperów. Codziennie, przez 22 dni. Codziennie o tej samej godzinie, grając ten sam utwór, nie dając się zabić przez żołnierzy wrogów.

Wiolonczelista z Sarajewa - okładka książkiTo wszystko wydarzyło się naprawdę. W Sarajewie, na przełomie maja i czerwca 1992 roku, podczas trwającego 1425 dni oblężenia miasta. Wśród wybuchających bomb i przelatujących kul. Artysta nazywa się Vedran Smailovic. Przeżył.

Ta niezwykła historia jest punktem wyjścia powieści Gallowaya. Historia, która mogła posłużyć jako podstawa wielkiego dzieła literackiego, a – zamiast tego – została wykorzystana do napisania nudnej, pozbawionej zarówno głębszych przemyśleń, jak i prawdziwych emocji, kolejnej książki o złej wojnie. O wojnie, która dzieli społeczeństwa, dzieli narody i miasta. O wojnie, która zabija, i w której największymi przegranymi są – jak zawsze – zwykli, prości ludzie. No właśnie – „jak zawsze”.

W książce „Wiolonczelista z Sarajewa” brakuje nowego spojrzenia i odkrywczego opisu. Wszystko to, co napisał Galloway, czytaliśmy już nie raz w innych wojennych opowieściach. Tak – cała tamta wojna była niezwykła. W środku Europy, w końcu 20. wieku, pełna okrutnych zbrodni i przypatrujących się nim międzynarodowym instytucjom. Dzieląca narody, miasta, rodziny. Ale tego wszystkiego dowiedzieliśmy się dużo wcześniej, z innych źródeł – powieść Kanadyjczyka nie wnosi tu nic nowego.

Autor nie potrafi przekazać czytelnikowi silnych emocji, nudzi zamiast przerażać, wdaje się w szczegółowe opisy pobierania wody, kiedy powinien wywoływać smutek. Posuwa się nawet do szczegółowego opisu przygotowania się snajperki (jednej z głównych postaci książki – kontrsnajperki o pseudonimie Strzała) do zabicia jednego z wrogich strzelców – opisu rozciągniętego na cały, kilkudziesięciostronicowy, rozdział – opisu nadającego się raczej do drobiazgowego reportażu wojennego lub podręcznika snajperskiego (chociaż nie jestem w stanie zweryfikować wartości przekazanej nam relacji).

Zmarnowany materiał na piękną, dramatyczną opowieść – tak najkrócej scharakteryzowałbym powieść Stevena Gallowaya. Tym bardziej zmarnowaną, że nie obyło się – już po publikacji – bez głośnych protestów Smailovica i następujących po nich nieeleganckich przepychankach pomiędzy pisarzem, a muzykiem. Szkoda.

Poczytaj również: